sobota, 24 grudnia 2011

Magia świąt

Moja wizja była prorocza: Kosmita przykleił się do odzyskanego komputera i wgapiał w bzdetne programy i seriale bez przerwy do 18-tej.
Tam jest magia, a Wigilia i ciąg dalszy wiążą się z konkretnymi acz ulotnymi przyjemnościami. Już jakiś czas temu zgłosił zapotrzebowanie na konkretne prezenty i to tyle jeśli chodzi o świąteczny klimat. Co roku wybywamy z domu na ten czas więc nawet choinki nie ma kto ubierać. Kosmita wyżywa się artystycznie w rezydencji babci, drzewko jest wystylizowane jak od Armaniego. Do tego jakieś sprejowe wzorki na szybach (choć babcia - maniaczka porządku i czystości załamuje ręce, przytłoczona perspektywą zmywania tałatajstwa).

Przydługawa randka z laptopem sprawiła, że Kosmita nie miał czasu porządnie się odżywić, a zamiast normalnych posiłków podjadał słodkie, puste kalorie. W ramach profilaktyki zdrowotnej wrzuciłam resztki śmieciowego żarcia do kubła na śmieci. Kosmita się oburzył i w odwecie wysypał moją ulubioną herbatę do klozetu.
To był o jeden krok za daleko.
Nigdy nie sądziłam, że się do tego przyznam, ale są momenty, gdy nie lubię własnego dziecka.

Magia świąt na nas nie działa. Może ktoś zna odpowiednie zaklęcie, żeby ją przywołać?

czwartek, 22 grudnia 2011

Łacina

Dobiegł końca tygodniowy szlaban na komputer i inne multimedia, spowodowany użyciem wobec mnie słowa na „s”. Wyraźnie i dobitnie Kosmita dał mi do zrozumienia, że mam się bezzwłocznie oddalić. I nie brzmiało to jak spadaj (to akurat słyszę rutynowo)
To był jakiś ewenement i chwilowa utrata kontroli nad mięśniami jamy gębowej, bo generalnie rzecz biorąc, Kosmita jest purystą językowym. Unika zwrotów obraźliwych i wulgarnych, razi go nawet poczciwa d jak Danuta, u jak Urszula, p jak Paweł, a jak Anna.
Łaciński repertuar Kosmity ogranicza się do „spadaj” (w wariancie rozszerzonym: na drzewo) oraz „wypad”.

Na moje sięganie do rejestru staropolskich przerywników reaguje dezaprobatą graniczącą z obrzydzeniem. No to się odgryzam, że jako językoznawca korzystam nie tylko z bogactwa języka ojczystego, ale i obcy się trafi.
Czy to moja wina, że zakręt po włosku brzmi curva.
No więc niech mi tu, zakręt, nie wyjeżdża, że wulgaryzmów przy dziecku używam.
Daję upust i uwalniam toksyny – nie będę mieć wrzodów.
To taki rodzaj językowego fitnessu. Rzucanie mięsem nieźle wpływa na kondycję. I poszerza lingwistyczne horyzonty;)


PS: Kosmita chyba nie zarejestrował, że sankcja dobiegła końca, a ja nabrałam wody w usta.
Czyżby udana kuracja? Raczej wieszczę, że wkrótce nastąpi zintensyfikowane obcowanie z przedmiotem pożądania, żeby nadrobić zaległości i wynagrodzić sobie straty poniesione w cyberprzestrzeni.

wtorek, 20 grudnia 2011

Na huśtawce

Smog wisi nad miastem. Powdychałam trochę tablicy Mendelejewa, odreagowując w biegu nową (a raczej starą) erę w kontaktach z Kosmitą.
Wczoraj wrócił z wycieczki rozanielony, oświadczając, że jest naładowany pozytywną energią. Aż dostałam chwilowego wytrzeszczu gałek, bo takie dictum w ustach Kosmity to biały kruk niemalże.
Do tego grzywka dała się ułożyć zgodnie z oczekiwaniami, szkolny obiad wypadł wyjątkowo smacznie oraz niespodziewanie znalazł się ulubiony szalik - obiekt szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej, w której powodzenie nikt już nie wierzył.

Celebrowanie dobrego nastroju Kosmita najwyraźniej uważa za szkodliwe, bo stara się mocno, żeby nie pozostawać w nim zbyt długo. Wieczorem wściekł się, bo rodzice mieli czelność wyjść z domu i nie pojawić się przez całe dwie godziny. Zachciało nam się romantycznych kolacji. Jak można było tak nieodpowiedzialnie się zachować, ignorując potrzeby Kosmity. On miał swój plan! Wprawdzie mieliśmy w nim odegrać role drugoplanowe, ale to był jedyny słuszny scenariusz.
Wymówkom nie było końca, pretensje i gadki umoralniające wypluwał z siebie jeszcze dziś rano.
Włączyłam tryb "ignorowanie", ale nie wytrzymałam i palnęłam monolog, że mam prawo, Kosmita nie jest pępkiem świata, a proporcje między obowiązkami i przyjemnościami są w jego życiu delikatnie mówiąc lekko zachwiane.
No to mi się dostało: Bo ty taka owaka, wredna, nierozumna istota i jeszcze pożałujesz. Standard.

Jestem zmęczona zmiennymi nastrojami Kosmity. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Jakbym budziła się w pokoju ze ścianami pomalowanymi na biało, a wieczorem zastawała czerwone. Nazajutrz znów białe, a wieczorem zielone...
Czasem czuję jakbym mieszkała pod jednym dachem z doktorem Jekyllem i Mr. Hydem. Uwielbiam ten moment, gdy Kosmita idzie spać i nie muszę zgadywać, którą część osobowości ujawni.