środa, 13 czerwca 2012

Reaktywacja

Otóż Kosmita jakiś czas temu namierzył bloga. Rzucił okiem przechodząc i zaczął analizować treści na osobistym monitorze. Oburzył go okrutnie ten zamach na jego prywatność oraz niecna próba nadszarpnięcia wizerunku, na który ciężko pracował od lat kilku. No ale pogadaliśmy o dokumentach fabularyzowanych, reality szołach, celebrytach i innych ciężkich przypadkach i Kosmita dał się udobruchać.
Chyba nawet wyciągnął jakieś wnioski: już wie, czym można skutecznie wyprowadzić mnie z równowagi, nie traci czasu na testowanie i strzelanie na oślep tylko działa metodycznie. Cel - pal, trafiony - zatopiony. Bystry analityk.
A tak zupełnie serio: po pierwszym zaskoczeniu Kosmita kompletnie stracił zainteresowanie pisarskimi zapędami matki. O ile nie znajdzie się reżyser, który zapragnie przenieść jego przygody na wielki ekran, pewnie tak zostanie;)

***

Wakacje już za rogiem. Kosmita jak polscy piłkarze, usilnie stara się dotrwać do końcowego gwizdka. Tu i ówdzie przechodzi do ofensywy, czasem robi sprytne uniki, ale generalnie z większości potyczek wychodzi zwycięsko. W każdym razie awans do kolejnego etapu edukacji jest niezagrożony, a Kosmita finiszuje na wysokich obrotach, przyswajając obszerne fragmenty naukowych treści. Aż się boję, czy mu się system nie zawiesi. Widok Kosmity wiszącego nad książkami dłużej niż piętnaście minut to nie lada rarytas.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Cracovia Maraton


„Brawo, brawo, jeszcze trochę, już niedaleko!” – Kosmita nadwyrężał gardło i wewnętrzną stronę dłoni, kibicując biegaczom, którzy w niedzielę postanowili pokonać 42 kilometry plus 195 metrów. To nasza coroczna tradycja, którą zapoczątkował Tomek, zdobywca Korony Maratonów Polskich. Wysępiłam od niego okolicznościową koszulkę (historyczny egzemplarz AD 2000), którą buchnął mi Kosmita. Dumnie wypinał odziany w techniczny* błękit tors i radośnie wyławiał z tłumu biegaczy homogeniczne osobniki.

Zajęliśmy średnio eksponowane miejsce nieopodal finiszu, przyklejając się do dwumetrowej, ostro zakończonej siatki, ustawionej na ostatniej prostej. Wyglądało to jakby biegacze i kibice należeli do wrogich obozów i mogli stanowić dla siebie zagrożenie. Naprawdę komicznie (i żałośnie) prezentowały się wystające z sąsiadujących otworów ręce, nierzadko walczące z aparatem fotograficznym. Może organizatorzy chcieli wypróbować wytrzymałość ogrodzenia przed zbliżającymi się derbami?

W każdym razie emocje były niesamowite. Chciało mi się na przemian śmiać i płakać, podskakiwałam i darłam się jak opętana. Kosmita komentował na bieżąco, dziwiąc się szczerze, że na metę wbiega wielu zawodników w wieku jego dziadków. W pewnym momencie zadumał się szczerze i stwierdził: „Ależ oni muszą dużo trenować”, co ochoczo podchwyciłam wygłaszając kilka rodzicielskich mądrości o ciężkiej pracy i czającym się za rogiem, nieuniknionym sukcesie;)

Maraton to wyjątkowo demokratyczny wynalazek. Wiek, płeć, wzrost, pochodzenie czy zasobność portfela nie mają znaczenia. Każdy może zmierzyć się z tym wyzwaniem. Podziwiam maratończyków za ich wytrwałość, determinację i niezłomną siłę woli. Myślę, że to dla Kosmity wspaniały przykład do naśladowania.

*jak powszechnie wiadomo prawdziwi biegacze nie biegają w obciachowej, bezkształtnej bawełnie ale w podkreślającej kształty odzieży specjalistycznej.

wtorek, 13 marca 2012

Wiedza specjalistyczna

Myślą przewodnią minionych dwóch tygodni były gumki. Kształt, rozmiar, kolor i jak to jest, gdy się je zakłada. No i wytrzymałość, bo co będzie jak spadną w wyniku gwałtownych i niekontrolowanych ruchów.
Kosmita miał problem z wyborem: nie mógł się zdecydować, czy chce gumki zielone, niebieskie, a może bardziej dyskretne w odcieniu nude. Badał trendy i prosił o fachową poradę. Kolegów, koleżanki, stada forumowych fachowców, a nawet własną matkę.
Gdy nadeszła godzina zero bohatersko stawił czoła przeznaczeniu, choć minę miał nietęgą. "Operacja gumki" trwała niespełna dziesięć minut. Od dwóch dni Kosmita jest dumnym właścicielem czterech sztuk w kolorze błękitu. Tkwią głęboko w paszczy, na dolnych trzonowcach.
To pierwszy etap ujarzmiania niesfornych elementów uzębienia, które ich posiadacz uznał za poważną skazę na urodzie. Przefasonowanie szczęki to proces żmudny i długotrwały, ale Kosmita jest gotowy na nie jedno wyrzeczenie.
Mam wrażenie, że w szkole istnieje grupa wsparcia dla zaaparatowanych, bo ciągle słyszę nowe rewelacje o problemach z artykulacją, modyfikacjach diety i innych uciążliwościach. Kosmita potraktował sprawę poważnie, wychodząc z założenia, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Namiętnie guglował oraz przepytywał bardziej doświadczonych aparatczyków. Zdumioną specjalistkę od stomatologicznej architektury zasypał pytaniami, które przyprawiły ją o zgrzytanie zębów.
Jestem pod wrażeniem jego dociekliwości, gdyby chociaż jeden przedmiot w szkole rozbudzał taką namiętność :)