sobota, 17 listopada 2012

Uwalnianie energii

Namówiłam Kosmitę na przewietrzenie szafy. Zawsze jest dobry moment, żeby coś wyrzucić i zrobić miejsce na nowe coś. Przedmioty rozmnażają się w ekspresowym tempie, wpełzają przez zamknięte drzwi i zmuszają do ciągłego żonglowania z kąta w kąt. Jestem w permanentnym stanie wojny z ulotkami, reklamówkami, gadżetami różnej maści, prezentami nie wiadomo od kogo i z jakiej okazji, opakowaniami, które mogą się przydać, nienoszonymi ubraniami trzymanymi na wszelki wypadek. Walczę z dwuosobową bandą obsesyjnych kolekcjonerów, którzy przywiązują się do każdej śrubki i gumki recepturki. Kosmita jest  pod tym względem nieodrodnym synem swego ojca. 

A ja wyrzucam, pakuję do worów i wynoszę w siną dal (najbezpieczniej śmietnik dalej, bo mogą zdążyć coś ocalić;), zyskując kilka milimetrów w naszej mikroskopijnej życiowej przestrzeni. Mam reputację bezlitosnego buldożera. Zidentyfikować, zmiażdżyć, zniwelować. Mam na sumieniu większość zagubionych przedmiotów. 

Kosmita broni jak niepodległości każdego drobiazgu. Dzisiejsze sprzątanie skończyło się awanturą, bo przekładał swoje skarby z zielonego pudła do pomarańczowego, a papierzyska z teczek wylądowały w segregatorach. Do śmieci trafiły 4 luźne kartki i pęknięte opakowanie płyty CD. Żaden kompromis - wywiezienie tego i owego do rezydencji babci, obdarowanie młodszego kuzyna - nie wchodzi w grę. Jak się wysypuje z szafy, Kosmita jest szczęśliwy. Muszę zacisnąć zęby i pomyśleć nad strategią. Obawiam się, że po dzisiejszym sprzątaniu przypomniał sobie, co trzyma w szafie i ma w głowie szczegółową ewidencję środków trwałych. 
 

piątek, 16 listopada 2012

Złodziejka zapasów

Zeżarłaś mi czekoladę! - drze się Kosmita z czeluści sekretnej szafki (była sekretna do czasu: jak Kosmita zrobił się kumaty wydedukował, że skrywa próchnicogenne kalorie i zaczął podbierać).
Ależ ma rozwiniętą świadomość prawa do własności za moją kasę. Naprawdę się obraził, a to był dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń. Po południu stłukłam kubek (miałem do niego sentyment, dostałem go pod choinkę w 2007 roku, masz mi odkupić identyczny!).
Na swoją obronę palnęłam gadkę, że przedmioty są tylko przedmiotami i można je zastąpić innymi przedmiotami. Do ludzi się trzeba przywiązywać, nie do martwej natury. Wątpię w efekt. Przewiduję raczej, że Kosmita zorganizuje sobie nową skrytkę, gdzie bezpieczne schronienie znajdą dobra wszelakie, bo ja mam lepkie i niezdarne łapska i żadna czekolada tudzież porcelana nie ma szans.  

poniedziałek, 1 października 2012

Kampania wyborcza

Kosmita zasilił szeregi Uczniowskiej Rady Szkoły jako naczelny aktywista i niespełniona jednostka pomysłotwórcza. Jakoś tę energię trzeba spożytkować - zawyrokowała pani wychowawczyni i wypchnęła Kosmitę przed szereg. Dostąpienie zaszczytu poprzedziła szeroko zakrojona kampania wyborcza, której chcąc nie chcąc zostałam szefem. Wyprodukowaliśmy plakaty, ulotki i kiełbasę wyborczą z dużą zawartością cukru. Wiadomo, że wyborca zadowolony bardziej skłonny się staje. To była ciężka fizyczna robota - machanie mazakiem, wycinanie, zszywanie, naklejanie - poprzedzone godzinnym przetrząsaniem folderów ze zdjęciami w poszukiwaniu odpowiedniego ujęcia oblicza Kosmity, uwypuklającego zalety ciała i umysłu;)
Krwistoczerwone  plakaty hand made zaatakowały ściany, a siłę perswazji wzmocnił kilogram cukrów prostych w kolorach tęczy. I udało się. Uścisk dłoni dyrekcji, gratulacje i życzenia zadowolenia z pracy na rzecz.
Wieść o sukcesie rozniosła się po blokowisku i przyległościach. Mam kolejną fuchę: kumpel Kosmity z podstawówki jest kandydatem na członka. No i jasno dał mi do zrozumienia, że jestem strategicznym ogniwem jego kampanii. Jak go wybiorą, wpiszę to sobie do CV;)